wtorek, 24 lipca 2012

Ty możesz przerwać swój koszmar w każdej chwili. Mój trwa wiecznie.






 













Archer Kestral Watson

Powiedzcie mi, jak to jest mieć przyjaciół. Powiedzcie mi, jak to jest być normalnym. Kimś, kto jest dokładnie taki sam jak reszta swoich rówieśników. Ja nigdy nie doświadczyłem niczego podobnego, wiecie? Nigdy nie byłem traktowany jak zwykłe dziecko, nastolatek, czy ktokolwiek inny. Byłem traktowany niczym potwór, który może komuś zrobić krzywdę. Zupełnie jakbym był zwierzęciem, który rzuci się na kogoś, gdy tylko podejdzie się bliżej. A od kiedy to ja jestem szkodliwy? Od kiedy to człowieka, który jest nieco inny traktuje się w taki sposób? Nikomu nigdy nie zrobiłem krzywdy. A, że mam schizofrenię – cóż, zdarza się. Prawda?
And here it is, the story of my life!
Nazywam się Archer Kestral Watson. Mam szesnaście lat, uczęszczam właśnie do VI klasy w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Urodziłem się w Londynie, a przynajmniej tak podejrzewają. Bo wiecie, nawet moi rodzice nigdy mnie nie kochali. Nigdy mnie nie chcięli. Już kiedy się urodziłem, wiedzieli że coś jest ze mną nie tak. Więc, zostawili mnie na progu sierocińca z karteczką z Archer Kestral Watson. Słodko. Zostawili swoje dziecko, dziwne dziecko, którego włosy i oczy zmieniały kolor, a i jego twarz wciąż była inna. Metamorfomag. Ale skąd zwykli mugole mogli o tym wiedzieć? Ale mnie przygarnęli. I jakoś sobie żyłem, nie sprawiając nikomu problemy. Z czasem opanowałem swoje metamorfozy i przez dłuższy czas wyglądałem tak samo. Później, nauczyłem się zmieniać w osoby z mojego otoczenia. I broiłem, mając ich twarze. Za to, że się ze mnie śmiali. Za to, że ze mnie drwili. Za to, że nie byli dla mnie mili... Za to, że mnie nie chcięli.
W wieku jedenastu lat otrzymałem list do swojej ukochanej szkoły. Zostałem przydzielony do Ravenclawu. Tu nikt nie patrzył na mnie dziwnie, kiedy w złości moje włosy zmieniały kolor na czerwony. Nikt nie zwracał na to uwagi i raczej się tym fascynowali. Nie dyskryminowali mnie przez to, jedynie zazdrościli. I wszystko był w porządku... Przez dwa lata. I wtedy, w wieku trzynastu lat, wszystko się zmieniło. Nic nie było takie samo, bo zacząłem widzieć rzeczy. Coś, czego nie widział nikt inny. Kobietę, która za mną chodziła. Latającego kota. Duchy, które nie istniały. Ludzi. Dzieci. Zwierzęta. Koszmarne stwory. Wszystko, co sie tylko dało wyobrazić. Czasem jedynie słyszałem, jak ktoś szepcze. Albo słyszałem krzyk. Wszystko było nierealne, niczym w jakimś horrorze. A później, okazało się że jestem chory na schizofrenię. Nie jakąś straszną, ale mimo wszystko – jest. Przyjmuję eliksiry i mugolskie leki, jednak nic nie pomaga. Czasem i tak mam swoje napady. Czasem boję się bez powodu. Płaczę, bo widzę coś strasznego. Krzyczę, żeby coś ode mnie odeszło. Nic dziwnego, że ludzie boją się ze mną przebywać. Zwłaszcza, gdy plotka rozeszła się po szkole. Miałem jedną, jedyną osobę której mogłem zaufać. Nathaniel Black, Nate. Starszy o rok chłopak, któremu chętnie powierzyłbym życie. A przynajmniej, kiedy jeszcze się z nim zadawałem. Było to dość dawno, ale wciąż pamiętam. W trzeciej klasie. Tylko jemu powiedziałem o swojej przypadłości. Nie otrzymałem współczucia, a śmiech i drwiny. I wkrótce, wiedziała szkoła. A ja straciłem swojego najlepszego przyjaciela. Kiedy mijam go na korytarzu, odwracam wzrok. Udaję, że go nie widzę. Odwdzięcza się w zamian tym samym.
I am, who I am. Nobody can change that.
Charakter? Nie wiem, jaki mam charakter. Ci, którzy naprawdę mnie znają, wiedzą, że jestem wariatem. Jednak w tym pozytywnym sensie. Taki sobie niegroźny optymista, który rzuci ci się na szyję przy pierwszym spotkaniu. Podobno, miewam dziwne i zwariowane pomysły. Podobno, łatwo zdobyć moje zaufanie i sympatię. Jednak, nigdy się tego nie dowiesz, nie podchodząc do mnie. Bo nikt nie chce normalnie do mnie podejść i po prostu pogadać Nawet zwykła rozmowa potrafi wywołać uśmiech na mojej twarzy. Dla mnie to naprawdę dużo, bo niemalże nikt nie chce tego robić. Trudno to zrozumieć... Ale się zdarza. Zwłaszcza w moim przypadku. Dziwny, od samego początku, do samego końca. Miewam też swoje humory, to jasne. Czasem płaczę, czasem na kogoś krzyknę. Ale mimo to, nigdy nie trwa to długo. I wraca ten wesoły ja, który doprowadza tym niektórych nauczycieli do migreny. Podobno, zadaję zbyt dużo pytań. Jak się uczę? Dobrze, jak na kruczka przystało. Nie jakoś super, ale dobrze jest. W końcu, chcę zostać aurorem! Tylko nie wiem, czy mi pozwolą. Jeśli nie, zajmę się czymś innym. Byle tylko żyć w miarę normalnie... A nie jak kompletny dziwak. Nie jak schizofrenik. Po prostu jak zwykły młody człowiek!
Let's see, what I can see, when I look in the mirror.
Wygląd? Głupie pytanie. Nie sprecyzujesz mojego wyglądu. Nie sprecyzujesz mojego koloru włosów, oczu, a nawet kształtu twarzy. Ale nie martw się, napewno będziesz wiedzieć, że to ja. Mój kolor włosów zwykle rzuca się w oczy i zmienia kilka razy dziennie. A to nibieski, pomarańczowy, biały, granatowy, czerwony, zielony... Najbardziej jednak lubię czarny i blond. I żeby każdy mógł mnie spokojnie poznać, pozostawiam sobie tą buźkę, którą polubiłem najbardziej. Blada twarzyczka, malinowe usta, prosty nos. Kolor oczu czasem się zmienia, jednak nie tak często jak włosy. Cóż, przynajmniej zaoszczędzam na farbie do włosów i soczewkach! Wciąż mam ten głupi nawyk zmieniania się w kogoś innego. Czasem zupełnie nieświadomie moja twarz zmienia się w twarz rozmówcy – bo za bardzo się na niej skoncentrowałem. Zazwyczaj ludzie wtedy reagują zdziwieniem i krzykiem.
Jest w moim wyglądzie coś niezmiennego – sposób w jaki się ubieram. Szerokie podkoszulki w każdym kolorze tęczy. Koszule w kratkę. Dżinsy. Dżinsowe kamizelki, katany. Skóra. Trampki. Glany. Mnóstwo rzemyków na nadgarstkach. Na szyi wisiorek, który matka zawiesiła mi na szyi, kiedy mnie zostawiała. W środku jest zdjęcie moich rodziców... Wiem jedynie, jak wyglądali. Nie znam żadnych ich danych, a tak bardzo bym chciał ich odszukać. I wygarnąć im, co o tym wszystkim myślę!
Dodatkowo:
gra na perkusji / zwykle nie przejmuje się opinią innych / cierpi na bezsenność / uwielbia latać na miotle, jednak nie należy do drużyny / na karku ma wytatuowanego kolibra / ma kolczyka w dolnej wardze / zmienia kolor swoich włosów kilka razy dziennie / kocha słodycze / nie cierpi kawy / kiedy jest zdenerwowany gryzie dolną wargę do krwi / nigdy nie martwi się o siebie / łatwo można go przekupić czułymi słówkami, albo czekoladą

Archer Kestral Watson / 16 lat / VI klasa / Ravenclaw / nieznany / różdżka z czarnego bzu, giętka, 13 cali, rdzeń z kła smoka / bogin - osamotnienie / patronus – kruk / zwierzę – kot Markus

sobota, 21 lipca 2012

"a życie jakie życie poprzerywana linia na dłoniach"


Caterina Pierce urodziła się w Irlandii dnia ósmego stycznia dwutysięcznego dwudziestego czwartego roku. Jest uczennicą szóstej klasy, a jej domem jest Slytherin. Jest jedną z nielicznych Ślizgonek, która nie posiada czystej krwi. Ba, jest ona taka brudna, że zastanawia się, jak została wpuszczona do szkoły. Nikt w jej rodzinie od pokoleń nie był czarodziejem.
Jej rodzinna historia nie ma może zbyt szczęśliwego zakończenia, ale Caterina nie wydaje się tym przejmować. Ot po prostu, nie istnieją przecież ludzie wiecznie szczęśliwi, każdemu coś złego się przytrafia, a że padło akurat na jej rodzinę… Ale może konkretniej: siedemnastoletnia Florence Poussin spotkała dwudziestoletniego wówczas Jamesa Pierce, natchnionego artystę, który poszukiwał swej muzy, będąc na wycieczce krajoznawczej w Irlandii. To była miłość od pierwszego wejrzenia (w tym momencie historii Caterina zawsze puka się w głowę), która w bardzo szybkim czasie zaowocowała dzieckiem (przez co Cat może się poszczycić młodą mamą). Był ślub (z towarzyszeniem widocznego już brzuszka), a potem dwanaście lat pozornej sielanki, bo jak się okazuje uczucia mogą się wypalić. Małżeństwo skończyło się rozwodem, Caterina pozostała u boku matki, utrzymując jednak dobry kontakt z ojcem. Owy kontakt trwał jeszcze trzy lata, by zakończyć się znalezieniem Jamesa w łazience z podciętymi żyłami. Nie było to zbyt przyjemne doświadczenie. Owy wypadek sprawił, że dziewczyna zamknęła się w sobie i nie udzielała społecznie. Olała szkołę na dwa semestry. Zapytana o powody, zawsze uparcie milczy, póki rozmówca nie zmieni tematu.
Właściwie Cat to częściej milczy, niż mówi, jednakże błędem jest postrzeganie jej jako nieśmiałą. Zachowując sporą dawkę bezczelności z dawnych lat, potrafi w wyrafinowany sposób pokazać swoją pewność. W dodatku bardzo często daje się ponieść emocjom, nie panuje nad swoją porywczością, co wraz z brakiem poszanowania zasad może tworzyć dość wybuchową mieszankę. Podobno jest inteligentna i z łatwością przyswaja nowe informacje, analityczny umysł pozwala jej na  szybkie oddzielanie tego, co potrzebne od bezużytecznych bzdetów.
Jest trochę dziwna, jakby oderwana od świata, momentami nieobecna i posępna. Woli wzruszyć ramionami i odejść, jeśli sprawa w żaden sposób jej nie zainteresuje. Można się po niej spodziewać nieoczekiwanych zwrotów akcji. Na pewno nie jest zagubiona w sobie, dokładnie wie, czego chce, kim jest i na co ją stać. Robi to, na co ma ochotę, nie licząc się z opinią czy też uczuciami innych.
Płynnie przechodząc teraz do upodobań i przyzwyczajeń dziewczyny, należy wspomnieć o tym, iż Caterina pali mugolskie papierosy (choć jest to zabronione) i wcale się z tym nie kryje. W jej kieszeni zawsze spoczywa paczka nikotynowego zła wraz z zapalniczką. Dziewczyna ponadto ma słabość do gorącej czekolady i dobrych powieści przygodowych.
Dość szybko zorientowała się, że jest biseksualna, jednak nie rozgłasza tego na prawo i lewo. To raczej jej osobista sprawa. Korzyści są takie, że ma dziewcze dwa razy większą szansę na sobotnią randkę i tyle.
Caterinie na co dzień towarzyszy szarobury, pręgowany kot o wdzięcznym imieniu Kot. Tego zwierzaka Pierce znalazła kiedyś, bardzo dawno temu i jak się do niego przyczepiła, tak nie jest w stanie go nigdzie zostawić. A Kot… no cóż, pozostało mu po prostu ten fakt zaakceptować.
Nasza młoda całkiem nieźle mówi po angielsku, francusku, hiszpańsku i łacinie, dobrze wychodzi jej klecenie zdań w różnorodne opowieści nie z tej ziemi. Poza tym Cat grywa trochę na gitarze, ale nie można uznać tego za umiejętność najwyższych lotów. Nie potrafi przeżyć dnia bez swojego zwierzaka, muzyki i książek. Chce nauczyć się jeszcze norweskiego i rosyjskiego, jednak na razie szlifuje języki, które już potrafi.
Mieszka w Hogwarcie od kilku lat (wakacje spędza w Paryżu), gdyż matka nie potrafiła żyć w Irlandii, gdzie znalazła i straciła swojego „chłoptasia”. 
Wyglądem Pierce trochę się wyróżnia w tłumie, szczerze powiedziawszy. Dość blada to dziewczynka, wysoka i bardzo ładna. W jednym z jej uszu tkwi tunel, który pojawił się tam mimo zdecydowanych protestów pani Pierce. Caterina właściwie nie przywiązuje uwagi do swej aparycji i w nosie ma to, że jacyś dwudziestoletni francuzi uważają jej oczy za „hipnotyzujące, o tak niezwykłej barwie”, a usta za „szalenie kuszące, gdy są wygięte w lekceważącym uśmieszku”. Przecież mnóstwo osób ma brązowe tęczówki i nieco bardziej wydane wargi…
Młoda i bardzo zdolna dziewczyna, która kilka lat temu pierwszy raz spotkała się z ulicą Pokątną, udała się do sklepu z różdżkami. Jak wielkie było jej zdziwienie, gdy okazało się, że żadna różdżka nie chce jej wybrać. Już zaczynała płakać, że nie jest czarownicą, lecz Mistrz podał jej tą jedyną: 11 calową, bardzo giętką, z krwią i włosem jednorożca, bardzo silną. Ponoć unikatowa, dlatego też panna Pierce czuje się wyróżniona.
Będąc w trzeciej klasie dowiedziała się, jak okazuje się jej strach. Myślała, że bogin przybierze postać pająka, lecz okazało się, że to… Kot. Ten sam Kot, który towarzyszy jej w każdej podróży, tylko z małą różnicą. Pan Kot leżał nieruchomo, nieżywy. Zaskoczyło ją to, aczkolwiek po zastanowieniu się, przyznała rację- najbardziej boi się utraty Kota. W zmaganiach z dementorami również pomaga jej Pan Kot, lecz żywy i trochę niebieskawy.


[Nie ogarniam jeszcze blogspota, więc prosiłabym o wyrozumiałość. Karta może wam się kojarzyć z kilkoma innymi, aczkolwiek starałam się ją jakoś udoskonalić. Mam nadzieję, że nie jest zbyt udoskonalona, przesłodzona. Masz pomysł, a nie chce ci się zacząć? Napisz- razem coś wymyślimy.]



czwartek, 19 lipca 2012

Karmas a bitch.






Kiedy nadchodzi zmierzch ze swoich kryjówek wychodzą nocne potwory. Nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić jak wiele ich jest wokół nas. Każdego dnia kładąc się do łóżka, powtarzasz sobie że to wszystko to fikcja, że wilkołaki nie istnieją, a Dracula jest wymysłem Hollywoodzkich reżyserów. Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.
Każdej nocy, kiedy zostawiasz otwarte okno z myślą, że przecież nic Ci nie grozi, popełniasz błąd. I być może będzie to Twój ostatni błąd, ostatnia rzecz jaką zrobisz...


So let's set the world on fire

Niczym nie wyróżniał się z tłumu, zawsze wyglądał tak samo jak inni. Ubrany w szkolne szaty przemierzał korytarze z ciemną torbą z paskiem na ramieniu. Różdżkę trzymał zawsze blisko siebie, tak aby w razie niebezpieczeństwa mógł jednym ruchem wyciągnąć ją i wymierzyć jej koniec prosto w serce wroga. Chociaż to jest przesadzone, bo czy w Hogwarcie rzeczywiście był znalazł się ktoś, kogo rzeczywiście można obdarzać nienawiścią i śmiało nazwać mianem "wroga"? Billy jak każdy inny miał przyjaciół, kolegów i ludzi obdarowywanych sympatią jak i tych, których najzwyczajniej w świecie nie lubił bo nie mógł się z nimi dogadać, jednak wrogów nie miał. Nie potrafił się kłócić z ludźmi, był zbyt dobrze wychowany. Kiedy tylko ktoś rozpoczynał kłótnie, Stone zgrabnie wycofywał się mówiąc jakieś mniej ważne słowa i znikał. Nie lubił wysłuchiwać krzyków, całkiem możliwe że to przez sytuację panującą w rodzinnym domu. Odkąd pamiętał, jego rodzice zawsze znaleźli sobie powód by wywołać wielką awanturę, podczas której rzucali w siebie różnymi zaklęciami czy też blisko znajdującymi się przedmiotami. Wówczas mały Billy chował się pod swoim łóżkiem i płakał, chcąc by to skończyło się jak najszybciej. Pewnego dnia, podczas wieczornej kłótni tak też się stało. Zapadła cisza tuż po której mały chłopczyk usłyszał stukot obcasów matki odbijający się o drewniane stopnie. Drzwi od jego pokoju rozchyliły się, a w nich stała cała rozmazana rodzicielka - Pani Stone.
- Wyprowadzamy się Billy - szepnęła kucając i podchodząc do łóżka, tak dobrze znała swojego syna. Wiedziała, że gdy tylko czegoś się boi od razu chowa się - już wszystko będzie dobrze, już nigdy nie usłyszysz krzyków - mówiła, wyciągając ręce w stronę chłopca, aby pomóc mu wyjść, a następnie mocno przytulić do swojej piersi.
- Mamusiu czy to moja wina? - szepnął wtedy cicho, wprost do ucha matki, mocno wtulając się w jej bezpieczne ramiona. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
Tak naprawdę dopiero w Hogwarcie zaznał spokoju. Tam odpoczął od tych wszystkich kłótni. Bo pomimo przeprowadzki one się nie zakończyły. Rodzice chłopca przez długi czas toczyli między sobą wojnę i prawa rodzicielskie, między innymi. I chociaż Billy od początku chciał mieszkać z mamą, jego słowa się nie liczyły. Był za mały by decydować samodzielnie za siebie. Więc gdy pewnego ranka w kuchni pojawiła się sowa z kopertą przywiązaną do nóżki Billy naprawdę się ucieszył. Doskonale wiedział co to oznacza i gdzie już we wrześniu wyjedzie. Szkoła magii i czarodziejstwa była wymarzonym przez chłopca miejscem, jednak kiedy pojawił się już w szkole, siedząc na stołku z za dużą tiarą na głowie przed całą szkołą chciał uciec. Znaleźć się w miejscu gdzie naprawdę poczuje się bezpiecznie. Te wszystkie głowy odwrócone w jego stronę, tyle par oczu wlepionych w jego kruchutką postać, to go przeraziło.


Darling please don't start to cry,
'cause girl you know I've got to go.

Wszystko miało być piękne i idealne. I zapewne byłoby takie gdyby nie jedna dziewczyna, a właściwie młoda kobieta. Piękna, inteligentna ze wspaniałą figurą. Uwiodła go i usidliła w swoich szponach. Billy Stone był gotów zrobić dla niej wszystko, oddać całego siebie. Dlatego za każdym razem kiedy tylko go o to poprosiła oddawał jej swoją krew, jednak z każdym kolejnym dniem stawał się co raz słabszy, a ona... Ona ponoć się bała, że go straci. Bała się wiecznej samotności dlatego postanowiła zrobić to co wydawało jej się najlepszym rozwiązaniem. Zamieniła go w mordercę, w pożądającego krwi wampira. W coś, czym nigdy nie przestanie być. W stwora, któremu przestało bić serce, a jego oddech i ciało stało się zimne niczym lód. Zaczął zabijać by móc żyć. By móc być z nią, jednak ona nie chciała iść razem z nim, a on musiał odejść. Rozstali się w sposób, którego Billy nie mógł znieść - pokłócili się. Kiedy odwróciła się plecami po raz ostatni, miał wrażenie że zabrała ze sobą jego serce i całą nadzieje, na coś lepszego.
Pozostał sam w swoim cierpieniu, jednak aby móc wrócić do Hogwartu musiał wziąć się w garść, nauczyć się panowania nad sobą i swoim pożądaniem. Nad tym, co leżało w jego naturze...


W skrócie:
Billy Stone
Ravenclaw VI
patronus: gekon
bogin: krew
czysto krwisty
różdżka: włókno z pachwiny nietoperza, cis, jedenaście i pół cala
-lubi przesiadywać na wieży astronomicznej i obserwować niebo
- pije stanowczo za dużo kawy
- ma uczulenie na orzechy
- uwielbia ciastka z czekoladą
Posiada sowę błotną o imieniu Rain


[No to zaczynamy z tym koksem :)]

środa, 18 lipca 2012

Who do you think I am?


Andrew Peter Lawson



klasa VI, Gryffindor
26.11.2024
półkrwi
bogin: martwe siostry
patronus: kot

„Chodzi zawsze z bezczelnym uśmiechem na twarzy i myśli, że wszyscy go lubią. Nieprawda. Dużo osób udaje tylko, że go lubi, a śmieje się z niego, bo ma myślenie jak duże dziecko. Jednak jest inteligentny, to mogę bez bicia szczerze powiedzieć. Zresztą nie wiem po co o nim gadam!”
koleżanka z klasy

„Gdybym znał go od wczoraj powiedziałbym, że nigdy w życiu nie widziałem bardziej płytkiej i nieodpowiedzialnej osoby, ale to tylko po części jest prawda. To nie znaczy, że nie myśli o niczym. Andy jest idealistą żyjącym w swoim utopijnym wymyślonym świecie i przeżywającym silny wstrząs, kiedy przyjdzie mu zetknąć się z rzeczywistością. Buja w obłokach i myśli, że wszystko przyziemne samo się zrobi. Żyjąc z nim w jednym domu, często przyłapuję go na leżeniu na wznak i myśleniu godzinami.”
brat bliźniak Francis

„Z nikim nie spędzam lepiej czasu. Jest tak pomysłowy i kreatywny, nie można się z nim nudzić. Jest bardzo otwarty na innych ludzi, chociaż czasem sprawia wrażenie, jakby coś ukrywał. Nie wiem co, nigdy nawet nie próbowałem pytać, bo każda ingerencja w prywatność, o której sam nie mówi, skończyłaby się awanturą. Robi, zanim zdąży pomyśleć, jest bardzo impulsywny. Czasami muszę go zatrzymywać przed zrobieniem czegoś, czego może później żałować. Jest moim najlepszym przyjacielem i nie zamieniłbym go na nikogo innego”
najlepszy przyjaciel Jonathan



  

Cześć! Nazywam się Andy. Tak właściwie to Andrew Peter Lawson. Przecudowne imiona no nie? Wiem i dlatego wolę, żeby mówiono na mnie Andy. Tak, jestem tym wysokim i chudym brunetem, bujającym się po zamku wiecznie z paczką kumpli. Nie musisz mówić, wiem, wyglądam na dupka, a może tak właściwie nim jestem?
No, więc osobiście uważam, że zły nie jestem. Może piję, palę i podrywam laski, ale w życiu nie skrzywdziłbym kogoś dla przyjemności i świadomie. Czasami tak wychodzi, to nie moja wina, że nie panuję nad sobą i swoim życiem. Uwielbiam wolność, więc każda próba wejścia w moje życie bez pozwolenia, skończy się awanturą. Jestem impulsywny, wiem. Bardzo często żałuję tego, co zrobię. Przykład, kłócę się z kimś zawzięcie, a później przychodzę i przepraszam bardzo za to co powiedziałem. Lubię robić rzeczy po swojemu i nie cierpię kontroli. Zbyt dużo myślę, potrafię przeleżeć w trawie cały dzień i po prostu myśleć. O wszystkim. Jednakże rzadko kiedy dzielę się tym z innymi. Może i wydaję się bezpośredni i otwarty, w głębi duszy jednak jestem zamknięty w sobie. Dobra, skończmy już pieprzyć, chodźmy się zabawić! 

Albo nie. Opowiem was jeszcze o moim wyglądzie okej? Wiem! Jestem boski i przystojny. Ale nie teraz tak poważnie. Mam metr osiemdziesiąt osiem wzrostu i ważę niecałe sześćdziesiąt pięć kilogramów. Tak, wieszak ze mnie obrzydliwy! Oprócz tego mam jeszcze brązowe włosy, wiecznie ułożone w nieładzie i głębokie prawie czarne oczy.
Co lubię robić? Imprezować przede wszystkim. Ale to nie moje jedyne zajęcie, nie jestem przecież ograniczonym dupkiem. Przynajmniej raz w tygodniu obserwuję niebo przez całą noc. Moim ulubionym przedmiotem jest, jak można się domyślić, astronomia. Interesują mnie także zaklęcia. Oprócz tego, lubię mugolskie zajęcia, takie jak teatr, literatura i fizyka.
Mam trójkę rodzeństwa, brata bliźniaka Francisa i dwie młodsze siostry – Elizabeth i Victorię. Bardzo ich kocham. Mój tata jest mugolem, a moja matka czarodziejką. Żyję w dwóch różnych od siebie rzeczywistościach i bardzo mi to odpowiada.


You’ve been a very bad girl, Blair

Blair Hailey Davies
Szesnaćie lat
Slytherin
VI rok
Różdżka
Drzewo wiśni, włos z ogona testrala,
 10 i 3/4 cala długości, sztywna
Znaki szczególne
blizny, o których nikt nie wie

Koła zainteresowań
Koło Eliksirów

Zwierzę
Kot rosyjski - Diuna

          Wiesz czego nie lubię? Kiedy ktoś na mnie krzyczy. Naprawdę nie mogę znieść tego, kiedy podnoszą na mnie głos. Ale to pewnie uważasz za nieważne, bo najpierw chcesz wiedzieć kim jestem. Dobrze, wiedz jedno - nie lubię o sobie mówić, ale chyba nie ma innej opcji, niż ta, w której wypowiadam się osobiście. W końcu, kto wie, jakich bzdur naopowiadają tobie ludzie, którzy ponoć mnie znają? Nazywam się Blair Hailey Davies, przyszłam na świat wiosną roku dwa tysiące dwudziestego czwartego, ukończyłam już szesnasty rok życia. Podobnie, jak mój brat bliźniak - Daniel. Kiedyś byliśmy podobni, teraz jesteśmy, jak ogień i woda. Mimo tego, mimo różnic, jest dla mnie najważniejszą osobą w życiu. Jedyną, którą darzę dość specyficznym uczuciem - miłością. Jedyną żyjącą, nie mogę przecież zapomnieć o ojcu, który nagle zniknął bez słowa. Ale zacznę od początku, z pewnością interesuje cię fakt, czy moja krew jest czysta, kim są moi przodkowie i jak wyglądało moje życie, zanim dostałam się do Hogwartu. Dobrze, opowiem ci o tym, ale postaraj się mi nie przerywać.
          Moja matka pochodzi z rodziny czarodziejów czystej krwi, pałających się czarną magią, opowiadającą się za Czarnym Panem. Ophelia Davies z domu Lockeburry jest byłą Ślizgonką, obecnie siedzącą w swoim wielkim dworze i nie zajmującą się niczym konkretnym, nie licząc czytania różnych gazet i wydawania swoich opinii na każdy możliwy temat. Prawda jest taka, że ta kobieta jest zgorzkniałą suką, myślącą jedynie o sobie. Podczas szóstego roku swojej nauki wpadła na korytarzu na pewnego Krukona, chłopaka w jej wieku, Richarda Daviesa. Przystojnego, aczkolwiek spokojnego młodego czarodzieja czystej krwi, o sercu nieskażonym złem. Jak się pewnie domyślacie, był moim ojcem. Czemu mówię o nim w czasie przeszłym? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta, tydzień przed tym, jak otrzymaliśmy z bratem listy do Hogwartu, zniknął bez śladu, a matka zadecydowała się uczynić go martwym. Więc... Mój ojciec nie żyje, a to właśnie Richard był drugą osobą, którą kochałam. Był mężczyzną, w którego ramionach chowałam się razem z bratem, kiedy nasza matka wpadała w szał.
          Ophelia jest niezwykle okrutną kobietą. Wyobraźcie sobie, że skazała mojego brata na wygnanie z domu, kiedy ten w wieku jedenastu lat dowiedział się, że jest w domu walecznego Godryka. Daniel został wydziedziczony i zmuszony do życia z dziadkami, rodzicami naszego ojca, których ja nie miałam okazji poznać. Ponoć są wspaniałymi ludźmi, ale bądźmy szczerzy - nie interesuje mnie to. Skoro jestem w temacie dziadków, czy wiecie, że moja matka zabiła swoją i zrzuciła całą winę na swojego ojca, który do pewnego czasu tkwił w Azkabanie. A teraz? Teraz o nim ucichło, jakby rozpłynął się w powietrzu.
         Wracając do mojego brata, Daniela. Od dziecka łączyła nas więź, która łączy ze sobą rodzeństwo, tym bardziej bliźnięta. Może dlatego po jego stracie stałam się kimś innym? Stałam się bardziej podatna na to, co mówi i robi moja matka. Nawet nie zauważyłam, że powoli staję się nędzną kreaturą, utworzoną na jej podobieństwo. Z Danielem widywałam się od czasu do czasu na wspólnych zajęciach, od czasu do czasu, wymykając się nocami do kuchni lub Pokoju Życzeń. Prawda była taka, że stereotypy dotyczące naszych Domów nie pozwalały nam na zbytnią życzliwość wobec siebie w świetle dnia, na oczach setki uczniów. W wakacje byliśmy totalnie odseparowani, a nasza matka zgodziła się jedynie na to, abym w raz tygodniu mogła mu wysłać list i w raz tygodniu takowy odebrać.
          Szczerze? Nie byłam zaskoczona, kiedy trafiłam do Domu Węża. Czułam dziwną satysfakcję, dopóki nie usłyszałam werdyktu, jaki Tiara wydała na moim bracie. Chyba nie miała pojęcia, co właśnie zrobiła. Tęsknię za nim, kocham go i to jest chyba moja jedyna cholera słabość. O reszcie, nie powinieneś mieć pojęcia. No, mogę ci napomknąć jeszcze, że mieszkam z matką w wielkiej posiadłości, na jakichś pustkowiach w Szkocji. Mam nadzieję, że jesteś z tej opowiastki zadowolony, bo więcej o mnie w tej dziedzinie się nie dowiesz, dopóki mnie nie poznasz.

     

          Zimna, nieczuła i wredna suka. Najczęściej takie określenia słyszę na swój temat. Nic dziwnego, w końcu na taką się kreuję, taką chcę być. Bo wtedy nie boli, nic nie krzywdzi, nie rani. Nie muszę cierpieć. Jestem naiwna, skoro w swojej głowie kieruję właśnie taki obraz, ale nie mam pojęcia, jak stać się lepszym człowiekiem, jak uczyć się od nowa bycia dobrą osobą. Nie mam pojęcia również dlaczego otwieram się tylko przed moim bratem, dlaczego boję się spojrzeć w oczy innym i powiedzieć im chociaż jedno miłe słowo. Cicho! Idę korytarzem, o tak, właśnie! Zejdź mi z drogi, albo cię zdepczę, jak niepotrzebnego, obleśnego karalucha. Trudno. Skoro jestem zła, bo tak chce matka, nie mam innego wyjścia.
          To nie tak, że zjadam wszystkich żywcem, że zabijam jednym spojrzeniem. Nie jestem Bazyliszkiem, chociaż mogłabym być. Po prostu, nikogo nie dopuściłam do siebie i nie chcę tego robić, bo... Nie, nie boję się tego, że ktoś mnie skrzywdzi, przynajmniej nie tak bardzo, jak tego, że skrzywdzę kogoś mi naprawdę bliskiego. I mimo tego, że nie mam ochoty mówić o sobie, ty i tak mnie słuchasz. Potakujesz głową i jesteś łudząco podobnym stworem do mnie, wiesz? Kiedyś, jeszcze kiedy był przy nas ojciec, byłam roześmianą, wiecznie uśmiechniętą brunetką, skaczącą wśród wysokich traw, wspinającą się po drzewach, rozmawiającą nawet z obcymi, a teraz?
          Wystarczy, że miniesz mnie na korytarzu i już wiesz, że jestem zamknięta i oschła, że na twój monolog odwarknę krótkim półsłówkiem, i że cię minę, i się nawet nie odwrócę. Tak, to właśnie ja. Ale wiesz... Gdybym mogła krzyczałabym na ciebie, chociaż uważam, że krzyk to słabość, żebyś mnie nie zostawił na tym korytarzu, żebyś ze wszystkich swoich sił szukał tego przeklętego klucza. Albo ty, albo ona. O, albo tamta ruda. Ktokolwiek! Dlaczego jesteście tak okropni i pozwalać mi być Ophelią, moją matką. Okrutną wiedźmą, która nie boi się zabijać, która nie dopuszcza do siebie ludzi. Naprawdę nie chcę zostać sama.
          Nieważne. Mam być Zimną Królową i nią będę. Nadal będę zadzierać wysoko swój nosek ku górze, patrzyć na was z góry, deptać i warczeć na was, bo to moje hobby, jak wam się może wydawać. Ludzie uwielbiają oceniać po pozorach, owszem, ja też to robię. Dlaczego miałabym tego nie robić? Jest coś, co musisz o mnie wiedzieć. Dopuszczam do siebie nielicznych Ślizgonów, przecież nie mogę wiecznie pojawiać się sama. Mimo wszystko, jesteśmy równi. My, w Domu Węża. Nie warto zgrywać tutaj innego, obcego, bo zginiesz. Albo jesteś Ślizgonem całym sobą, na sto procent, albo nie jesteś nim w ogóle.
          Może i jestem zamkniętą w sobie osobą, co nie znaczy, że daję sobą pomiatać. Jestem pyskata i wredna, naprawdę z rzadka kiedy bywam miła. Prawie w ogóle. Ale to tyle na ten temat. I znowu ci powiem, że musisz mnie poznać.

          Jak wyglądam? No, popatrz. Długie, proste włosy w kolorze zwykłego, ciemnego brązu, połyskujące w słońcu, łagodnie okalające moją owalną twarzyczkę. Mam niezwykle delikatne rysy, to pewnie zasługa genów ojca. Mam jego oczy, ciemne, prawie czarne. Dwa węgliki, błyszczące niegdyś z zachwytu nawet nad czymś błahym. A teraz? Puste, obojętne, nijakie. Już nie są piękne. Są najbrzydszymi oczyma na świecie. Oczyma złego człowieka.
          Jestem szczupła, może nawet za bardzo, tak przynajmniej uważa moja matka - silna, wysoka i postawna kobieta. Daleko jej do poziomu chuchra, który dumnie prezentuję. Mam metr sześćdziesiąt dwa, więc nie należę do specjalnie wysokich i specjalnie niskich osób. Jestem przeciętna, może dlatego nie wyróżniałabym się na korytarzu, gdyby nie moja zacięta, władcza i wojownicza mina. Nie będę robić z siebie ofiary losu, dlatego muszę być twarda.
          Ciemne kolory, to one towarzyszą mi najczęściej. Nie zobaczysz mnie w zwiewnej, dziewczęcej sukience, mimo że takie posiadam. Nie mam dla kogo tak się ubieram. Jestem dziwna, pewnie tak uważasz, skoro myślę, że powinnam wyglądać dla kogoś. Nie, po prostu sama sobie jestem na tyle obojętna, że nie zwracam uwagi na to, jak wyglądam. Nie jestem przesiąknięta złem, chłodem i obojętnością do szpiku kości. Ponoć jest dla mnie szansa, tak uważa Daniel. Wierze w to, chociaż nie mówię o tym na głos.

          - Blair, do cholery! Spóźnisz się na pociąg! Przestań rozmawiać z lustrem!

POWIĄZANIA
POSTY



I'll fuck you.



Alexandra Clarissa Malfoy
Ur. 16.01, 16 lat
VI klasa, Slytherin
Czystej krwi
Patronus: nie umie wyczarować
Bogin: nieznany



Widok krwi to swego rodzaju przyjemność. Sadystka? Może. Krzyk ofiary, jej błaganie o litość, łzy spływające po policzkach i cichy śmiech odbijający się echem od ścian zamczyska. Muzyka, która ma czerwone nuty, zapisane na pięciolinii z poranionego ciała. Długopis to nóż, z łatwością zatapiający się w skórze człowieka. Tak pięknie i lekko, jakby żaden opór nie istniał. Owa muzyka też jest piękna. Niczym spokojna melodia wygrywana wprawnymi palcami na pianinie. Nie dla osoby, która klęczy przed nią i modli się o to, żeby za bardzo nie bolało, żeby to była w miarę szybka śmierć. Gdyby to słyszała, gdyby to do niej się modlił, może by odpuściła. Ale w jej uszach brzmiał tylko niewyobrażalny krzyk bólu, wręcz agonalne wycie i ów krzyk cholernie podniecał. Z każdym cięciem fontanna krwi tryskała na posadzkę, coraz więcej łez wsiąkało w materiał koszulki, a wrzask stawał się głośniejszy. Niemal ranił uszy, a dla niej to wciąż było coś pięknego, jak ta czerwona muzyka na pięciolinii z poranionego ciała.


Wyobraził sobie, że to nigdy nie miało miejsca. Że nie ośmieszył tej dziewczyny, że nie naraził się na zemstę z jej rąk, która zawsze kończyła się śmiercią dla ofiar. Że nie poszedł za nią, zwabiony chęcią zaspokojenia swoich własnych potrzeb. Albo że to wszystko potoczyło się inaczej. Podeszła i delikatnie pocałowała spragnione dotyku wargi, zamiast teraz przecinać je nożem na pół, patrzeć z chorą fascynacją na spływającą krew i zlizywać ją z poranionej skóry. Nie, to niemożliwe. Ona czerpie satysfakcję z bólu innych. To prawie jak seks. Gwałt na istocie, której należy się kara za zniszczenie reputacji. Jeden z tych brutalnych, kiedy to rani się wszystkie wnętrzności, robi się pełno siniaków i przywiązuje się do łóżka, żeby ofiara tak brutalnego czynu za bardzo się nie szarpała. A potem jest tylko pustka i czerń, gdy stracił przytomność od nadmiaru bólu zadawanego przez dziewczynę.






Tak bardzo chciała, żeby wyrzuty sumienia zwaliły ją z nóg. Pragnęła choć przez chwilę poczuć się tak podle, żeby przestać zabijać z zimną krwią niewinnych ludzi. Nie umiała. Dalej uśmiechała się na widok krwi, a wrzask okaleczanych ofiar był dla niej niczym najpiękniejsza muzyka. Zardzewiały, zabrudzony czerwoną cieczą nóż był jej długopisem. A ciało pięciolinią, na której kreśliła nuty bordowym atramentem, jeszcze ciepłym, o niesamowicie intensywnym kolorze. Nigdy się o to nie prosiła. Uciekała. Gdzieś, gdzie stawała się normalną osobą, a nie bezduszną sadystką, niemal kanibalem, dla którego szczytem rozkoszy jest próbowanie krwi i rany na całym ciele kogoś, kto nie umie się obronić. Ale pragnienia to nic. Bo one nie pomogą, nie nauczą panować nad sobą, jakby nigdy wcześniej się tego nie robiło. Tak po prostu jest.




Podniosła się gwałtownie i odetchnęła kilka razy, próbując się uspokoić. Przed oczami mignęła jej brudna od krwi twarz przerażonego chłopaka. Czy to nie jest tak, że sny pokazują najskrytsze pragnienia?